Kopiowanie obrazów – hot or not?

Zanim przejdę do sedna, muszę ustalić jedną rzecz – jeśli cokolwiek kopiujemy tylko po to, by perfidnie przywłaszczyć sobie prawa autorskie do danego dzieła, to kopiowanie obrazów nie jest złe, bardzo złe. Jest karygodne. I to trzeba podkreślić, z całą mocą zaznaczyć i jeszcze potępić! Ale jeśli odbywa się to na zasadzie – ktoś mi zlecił skopiowanie obrazu, który mu się bardzo podoba, ja się przyznaję, że to kopia i nie podpisuję się na pracy moim nazwiskiem, to może i da się wyciągnąć z tego coś pouczającego?

Często zdarza mi się klient z konkretnym obrazem w głowie, który to obraz koniecznie chciałby powiesić u siebie w domu. Taki klient nie chce ryzykować, ma już sprecyzowane preferencje, ma już swój pomysł i nie będzie tego zmieniać tylko dlatego, bo artysta ma inną wizję. Rozumiem, szanuję i biorę się do pracy. Niemniej za każdym razem, gdy zabieram się za kopię, mam nieodparte wrażenie, że czeka mnie lekcja pokory.

Patrzysz sobie na obraz, dajmy na to na „Stańczyka” Matejki, bo akurat to teraz maluję sama dla siebie (taki prezent ode mnie dla mnie). Dla przypomnienia:

Patrzysz i co widzisz? Zasępionego faceta w czerwonym ubraniu (a może pijanego faceta w czerwonym ubraniu?), który siedzi krześle. OK, to popatrz jeszcze raz, tylko trochę dłużej. Zauważasz stół, okno, dywan i drugi plan, że coś tam się dzieje w tle.

Spójrz ponownie, jeszcze dłużej. Widzisz detale, może nawet odróżnisz obrus od dokumentu, który leży na stole. Może nawet dostrzeżesz widok przez okno. Jeśli Twój wzrok zawędruje w dół obrazu, nagle okaże się, że dywan ma wyszukane wzory i nie leży równo, jest tam jakaś fałda. Tło nagle okazuje się nie być płaską plamą, a kolejną sceną, która rozgrywa się za plecami Stańczyka. I wreszcie Stańczyk. Widzisz jego twarz. Nieruchome czoło, zastygły wzrok, zaplecione dłonie, rozpięty kubrak. Usiadł niedbale, jakby mu nie zależało na niczym, albo jakby właśnie dostał złą wiadomość i musiał ją przetrawić. O co chodzi? Nagle zaczyna się budować w Tobie jakaś ciekawość, może jakieś napięcie…? Może nawet wygooglujesz temat, żeby tę ciekawość zaspokoić.

Tak wygląda pierwszy krok kopiowania obrazów w moim wykonaniu – patrzę. Przez kilka godzin patrzę, chłonę, czytam obraz. Nic więcej. Nie muszę tego robić ciągiem, ale zanim sięgnę po mój pędzel, staram się wyobrazić sobie pracę artysty lub artystki i możliwie najdokładniej prześledzić ruchy pędzla autora obrazu, który będę kopiować. Chcę zobaczyć, jakie niespodzianki ukrył/a; co sprawia, że ten obraz jest wyjątkowy; jak dobierał/a kolory; jak stworzył/a kompozycję; gdzie jest cień, a gdzie – światło. Uczę się prawie na pamięć.

Tylko że uczenie się na pamięć, bez choćby próby zrozumienia – tak jak w szkole – nie ma większego sensu. Ba, nie ma żadnego sensu. Dlatego drugim krokiem dla mnie jest research – szukam informacji o autorze i o tym konkretnym obrazie. Chcę zrozumieć, dlaczego autor uznał, że musi namalować akurat to. Chcę też zrozumieć, dlaczego autor uznał, że musi to namalować akurat w taki, a nie inny sposób. Chcę zrozumieć obraz i jego przekaz.

Trzeci krok to zrobienie szkicu na płótnie, a potem – kolorowanie tego szkicu. Zwykle opowiadam o tym w taki trywialny sposób, mówiąc, że w zasadzie to kolorowanka dla dorosłych, ale nic bardziej mylnego. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwa zabawa, bo trzymając w jednej dłoni pędzel, a w drugiej – paletę, stajesz się na moment TYM/TĄ artystą/tką, który/a tworzy TEN obraz. Musisz na moment wejść w jego/jej głowę, pomyśleć tak jak on/a, spojrzeć na płótno tak jak on/a i to poczuć! Musisz poczuć farbę, poczuć ten temat, uwrażliwić się (co nie jest równoznaczne z piciem wina w trakcie malowania, wręcz przeciwnie), zapomnieć o sobie, o swoich wizjach – masz namalować od początku do końca to, co ktoś już namalował. I kropka. To dzieło jest doskonałe i skończone, a Ty tylko podchodzisz z pędzlem i je odtwarzasz. Spróbuj nie spartolić!

I właśnie to jest najtrudniejsze – żeby nie spartolić. Dlatego w czwartym kroku wracam do patrzenia na oryginał. Trochę jak w tłumaczeniu symultanicznym (powiedziała germanistka z ukończonym dodatkowo fakultetem translatorycznym), a może i prościej, bo w tłumaczeniu symultanicznym słyszysz i równolegle tłumaczysz na język docelowy, a w kopiowaniu obrazów – patrzysz i malujesz praktycznie to samo. Słyszysz i tłumaczysz, patrzysz i malujesz. Jesteś przekaźnikiem informacji, przekaźnikiem wizji, emocji, barw, światłocienia.

Mój „Stańczyk” potrzebuje jeszcze sporo czasu; i na pewno mu go dam, bo oprócz tego całego zamieszania z wyszukiwaniem informacji, patrzeniem, etc., kopiowanie obrazów jest też lekcją malarstwa i dobrą zabawą, która kończy się zadaniem z lat dziecięcych „Znajdź 5 różnic” między oryginałem a kopią. To jest piąty krok, jaki czynię – szukam różnic i je poprawiam, niweluję.

Podsumowując ten naprawdę długi wpis, mogę powiedzieć jedno – dla mnie kopiowanie obrazów jest jak najbardziej hot, bo to świetna okazja do zdobycia jeszcze jakiegoś doświadczenia artystycznego. ALE pod warunkiem, że nikt nie ukrywa, że to kopia a nie praca własna.

Chcesz zobaczyć, jak na ten moment, po zaledwie 3-4 godzinach faktycznego malowania, wygląda Matejkowy „Stańczyk”, którego maluję w wolnych chwilach? Poniżej. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s