Jedna inwestycja, niezliczone możliwości

Przez długi czas wahałam się, czy kupić tablet graficzny. Niby fajna sprawa, ale jakoś ręczne malowanie wydawało mi się bardziej artystyczne, trochę bardziej „moje”, z drugiej strony zwyczajnie się bałam, że polegnę już na uruchomieniu nowego sprzętu. Ale jak to mówią – nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zaryzykowałam i wczoraj włączyłam mój pierwszy w życiu tablet. I’m in love with it!

Po zasięgnięciu porad u osób, które się znają na temacie, wybór padł na tablet Wacom Intuos Pro M. Zamawiałam przez x-kom z dostawą do paczkomatu – jak zawsze bardzo sprawnie, szybko, zupełnie bez zastrzeżeń, także jak tylko nadszedł SMS z informacją o paczce gotowej do odbioru – pobiegłam do paczkomatu! 🙂

Taka paczuszkę przytargałam do domu i otwierałam powoli z należytym namaszczeniem.

Duży plus za troskę o środowisko w trakcie pakowania sprzętu (ptaktycznie tylko wypełniacz jest z tworzywa sztucznego).

Potem było już tylko weselej.

Konfiguracja sprzętu na początku faktycznie trochę mnie zaniepokoiła, ponieważ nie znalazłam żadnej instrukcji obsługi; więc niewiele myśląc, po prostu podłączyłam tablet do laptopa kabelkiem, który znalazłam w pudełku.

Włączyła się mała dioda i dosłownie 3 sekundy później mój laptop zakomunikował, że tablet został rozpoznany. Praktycznie nic nie musiałam robić!

Potem tylko ściągnęłam oprogramowanie ze strony Wacom, sterownik i… tablet był gotowy do rysowania!

Chwilę później już siedziałam sobie wygodnie przy biurku i stawiałam pierwsze graficzne kroki za pomocą pióra. Jejku, jaka zabawa!

Zaczęłam najpierw od niezbyt ambitnych prób odnalezienia się w Photoshopie bez myszki, a z piórem w dłoni, ale długo nie wytrzymałam i dziś już zaczęłam rysować pierwsze… pejzaże! Tak mi to wyszło:

Trochę żałuję, że tyle czasu zwlekałam z decyzją zakupu tableta graficznego, ale trudno. Ważne, że już go mam i mogę teraz zupełnie świadomie poznawać jego funkcje i możliwości. Jestem przekonana, że dzięki niemu stworzę jeszcze niejedną piękną grafikę, bo możliwości, jakie daje odrobina talentu, kreatywności oraz porządny sprzęt są naprawdę niewiarygodne! 🙂

„Mam dość” w katalogu

Jeszcze nie ochłonęłam po wynikach konkursu „Artyści w czasach zarazy” a tu już kolejna radość – oto właśnie mój obraz znalazł się w katalogu pokonkursowym! 🙂

Choć z publikacją w ogóle już miałam nie raz do czynienia czy to podczas studiów na Uniwersytecie, kiedy to pisywałam do Kroniki UŁ, czy to z uwagi na jakąś tam moją działalność paradziennikarską 10 lat temu, to jednak zobaczyć swój obraz w katalogu, jest czymś kompletnie, totalnie, zupełnie innym.

Miłe uczucie, któremu towarzyszy też chyba rodząca się świadomość, że może to będzie trwało dłużej niż ja na tym świecie? W każdym razie katalog jest dostępny online na stronie Łódzkiego Domu Kultury TUTAJ lub bezpośrednio TUTAJ.

Zapraszam do zapoznania się. 🙂

„Mam dość” wyróżnione w konkursie!

Konkurs „Artyści w czasach zarazy” organizowany przez Stowarzyszenie Plastyków Amatorów w Łodzi zainteresował aż 36 artystów z województwa łódzkiego. Poza 3 nagrodami głównymi, jury w składzie: prof. Ryszard Hunger oraz dr Piotr Kotlicki, przyznało również 5 wyróżnień; a jedno z nich trafiło do mnie. 🙂

Obraz „Mam dość” powstał w tym roku. Był już wystawiany podczas wystawy „Wolność/Izolacja”, a teraz zdobył wyróżnienie w konkursie plastycznym. Więcej o samym obrazie pisałam już tutaj i tutaj.

Kto oceniał nasze prace?

Pan prof. Ryszard Hunger jest łódzkim artystą, malarzem, grafikiem i pedagogiem; wykłada na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi oraz Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Jest też laureatem wielu konkrusów. Jego prace można było oglądać na 21 wystawach indywidualnych oraz 34 wystawach zbiorowych.

Pan dr Piotr Kotlicki również jest łódzkim malarzem, absolwentem ASP i wykładowcą Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Jego dorobek artystyczny jest naprawdę imponujący, a jego prace były wystawiane na ponad 20 różnych festiwalach i wystawach na całym świecie (m.in. Niemcy, Chiny, Hiszpania).

I takie oto osobistości najpierw zobaczyły, potem oceniły i na końcu wyróżniły mój obraz spośród wielu innych, których autorzy to nierzadko już profesjonaliści! 🙂

Dobra, powiem to wprost JARAM SIĘ i cieszę, że ta informacja dotarła do mnie w ten piątkowy wieczór, gdy przez Polskę przetaczają się demostracje antyrządowe. Mała radość w tych czarnych chwilach.

Bądźcie zdrowi!

Przepiękny falstart

Zdarza mi się czasem pomylić daty i godziny, fundując sobie tym samym element chaosu i trzęsienia ziemi w życiu. Oczywiście podczas pierwszego wernisażu pierwszej wystawy, w ramach której można też oglądać mój obraz, nie mogło być inaczej. Pomyliłam wszytko poza miejscem (ufff).

Tym samym ufundowałam znajomym 4-godzinny beforek zamiast planowanego afterka. 😉 Co by jednak nie mówić, wszystkie prace robią wrażenie i dają do myślenia. Warto skonfrontować swoje doświadczenie pandemii i izolacji z tym samym doświadczeniem artysty, ale wyrażonym za pomocą różnych technik artystycznych.

Wystawa jest dostępna aż do 8 października w godzinach pracy KIPISZ-u (ul. Piotrkowska 282; bez obaw – sprawdziłam, potwierdzone info!).

Jestem ciekawa Waszych wrażeń po obejrzeniu całej wystawy i – chyba przede wszystkim – mojego obrazu. 🙂 Dajcie znać!

No i stało się

Czasem są takie chwile w życiu, gdy masz ochotę ucieć daleko albo chociaż zamknąć się w domu i przeczekać. Czasem te chwile trwają dłużej, czasem krócej. Czasem są spowodowane czynnikami zewnętrznymi, a czasem sami sobie dokładamy problemów, bo nie umiemy poukładać czegoś w głowie. Czasem da się to wybiegać, wypocić, przepić, przespać; a czasem – nie.

Tak w skrócie wygląda historia powstania mojego obrazu pt. „Mam dość”. Wprawdzie zastanawiałam się bardzo długo, co z nim zrobić, bo jest dla mnie bardzo osobisty i wyraża sporo emocji, aż w końcu – stało się.

Zgłosiłam go do wystawy „WOLNOŚĆ/IZOLACJA. Pandemia jako pretekst”.

No i stało się po raz drugi – został zakceptowany. 🙂 Wernisaż wystawy odbędzie się 25 września (piątek) o godz. 17:00 w KIPISZu na Piotrkowskiej 282. Jeszcze będę przypominać. 🙂

Nie wstawię tu teraz tego obrazu, żebyście chętniej zajrzeli na wystawę, za to trochę jeszcze o nim poopowiadam.

Namalowałam go oczywiście farbą akrylową za pomocą szpachli i płaskiego pędzla do malowania ścian. „Mam dość” przedstawia człowieka, po prostu człowieka, który cierpi; nie pokazuje twarzy, siedzi tyłem do widza, odsłaniając białe, nagie, bezbronne plecy.

Czy wbijesz w nie nóż? A może otulisz je miękkim kocem? Czy też machniesz obojętnie ręką i zaraz zapomnisz?

Miejscami farba kapie ciężkimi kroplami i spływa swobodnie po płótnie jak ciepłe łzy po policzkach, jak zimna woda po ciele pod prysznicem, jak słony pot po przetrenowanym torsie.

Postać na obrazie jest zamknięta, samotna, pogubiona, nie umie nazwać tego, co czuje; trochę jak my chociażby podczas marcowego lockdownu, prawda?

Całość jest utrzymana w zimnej tonacji odcieni brudnego niebieskiego; każda barwa jest przełamana czarną farbą, przytłumiona i depresyjna…

Jestem niesamowicie ciekawa, jak odbierzecie ten obraz, widząc go wśród innych.

Do zobaczenia…!

Nowe kredki w piórniku

Wyobraź sobie zapach, który przywołuje ciepłe wspomnienia. Zapach, który poznasz zawsze i wszędzie. Zapach, który tak głęboko tkwi w Twojej pamięci, że jesteś w stanie opisać go nawet po wyrwaniu Cię z głębokiego snu. Zamknij oczy i poczuj to. Co tak pachnie?

Dla mnie takim wyjątkowym zapachem zawsze będzie woń nowych kredek, które dostawałam od rodziców. Zwykle były to kredki ołówkowe – pachniały przepięknie, bo drewnem. Kolorowe rysiki pięknie się prezentowały, aż ręka sama rwała się do rysowania. Jedynym minusem takich kredek była łamliwość, w dodatku ujawniająca się już podczas strugania! Jakież to było irytujące, gdy po kilku chwilach strugania kredki, już widzisz ten piękny ostry rysik, już chcesz nim coś narysować, już masz dotknąć tym idealnym rysikiem powierzchni śnieżnobiałego papieru i….

SRU!

Rysik się łamie. I to jeszcze nie tak równo z drewienkiem, tylko aż się drewienko odgina i powstaje dziura w kredce. Musisz strugać od nowa… No dramat.

Innym rodzajem kredek, których zapachu nigdy nie zapomnę, są kredki świecowe. Niestety te nie należały do moich ulubionych. Raz że nigdy nie umiałam tym rysować, dwa denerwowało mnie, że są takie tłuste jakieś, no i jeszcze ta… woń; specyficzna, charakterystyczna, trochę dusząca… Dobra, po prostu śmierdzą. 🙂

I w końcu trzeci rodzaj kredeczek – grafionowe. Zupełnie szczerze – nazwę tych kredek poznałam dopiero dziś. Byłam w sklepie, takim wiecie – mydło i powidło, i chodziłam sobie to tu, to tam… aż raptem na jednej z półek zauważyłam charakterystyczne kredki, które kochałam na równi z kredkami akwarelowymi. Takie niby rysiki same, niby grafity, niby pastele, ale jednak nie pastele… Zapach też mają taki „bardzo swój”. Wprawdzie dziś już nie jestem nimi tak zachwycowa jak kiedyś, ale i tak je kupiłam. Przez sentyment… 🙂

Kopiowanie obrazów – hot or not?

Zanim przejdę do sedna, muszę ustalić jedną rzecz – jeśli cokolwiek kopiujemy tylko po to, by perfidnie przywłaszczyć sobie prawa autorskie do danego dzieła, to kopiowanie obrazów nie jest złe, bardzo złe. Jest karygodne. I to trzeba podkreślić, z całą mocą zaznaczyć i jeszcze potępić! Ale jeśli odbywa się to na zasadzie – ktoś mi zlecił skopiowanie obrazu, który mu się bardzo podoba, ja się przyznaję, że to kopia i nie podpisuję się na pracy moim nazwiskiem, to może i da się wyciągnąć z tego coś pouczającego?

Często zdarza mi się klient z konkretnym obrazem w głowie, który to obraz koniecznie chciałby powiesić u siebie w domu. Taki klient nie chce ryzykować, ma już sprecyzowane preferencje, ma już swój pomysł i nie będzie tego zmieniać tylko dlatego, bo artysta ma inną wizję. Rozumiem, szanuję i biorę się do pracy. Niemniej za każdym razem, gdy zabieram się za kopię, mam nieodparte wrażenie, że czeka mnie lekcja pokory.

Patrzysz sobie na obraz, dajmy na to na „Stańczyka” Matejki, bo akurat to teraz maluję sama dla siebie (taki prezent ode mnie dla mnie). Dla przypomnienia:

Patrzysz i co widzisz? Zasępionego faceta w czerwonym ubraniu (a może pijanego faceta w czerwonym ubraniu?), który siedzi krześle. OK, to popatrz jeszcze raz, tylko trochę dłużej. Zauważasz stół, okno, dywan i drugi plan, że coś tam się dzieje w tle.

Spójrz ponownie, jeszcze dłużej. Widzisz detale, może nawet odróżnisz obrus od dokumentu, który leży na stole. Może nawet dostrzeżesz widok przez okno. Jeśli Twój wzrok zawędruje w dół obrazu, nagle okaże się, że dywan ma wyszukane wzory i nie leży równo, jest tam jakaś fałda. Tło nagle okazuje się nie być płaską plamą, a kolejną sceną, która rozgrywa się za plecami Stańczyka. I wreszcie Stańczyk. Widzisz jego twarz. Nieruchome czoło, zastygły wzrok, zaplecione dłonie, rozpięty kubrak. Usiadł niedbale, jakby mu nie zależało na niczym, albo jakby właśnie dostał złą wiadomość i musiał ją przetrawić. O co chodzi? Nagle zaczyna się budować w Tobie jakaś ciekawość, może jakieś napięcie…? Może nawet wygooglujesz temat, żeby tę ciekawość zaspokoić.

Tak wygląda pierwszy krok kopiowania obrazów w moim wykonaniu – patrzę. Przez kilka godzin patrzę, chłonę, czytam obraz. Nic więcej. Nie muszę tego robić ciągiem, ale zanim sięgnę po mój pędzel, staram się wyobrazić sobie pracę artysty lub artystki i możliwie najdokładniej prześledzić ruchy pędzla autora obrazu, który będę kopiować. Chcę zobaczyć, jakie niespodzianki ukrył/a; co sprawia, że ten obraz jest wyjątkowy; jak dobierał/a kolory; jak stworzył/a kompozycję; gdzie jest cień, a gdzie – światło. Uczę się prawie na pamięć.

Tylko że uczenie się na pamięć, bez choćby próby zrozumienia – tak jak w szkole – nie ma większego sensu. Ba, nie ma żadnego sensu. Dlatego drugim krokiem dla mnie jest research – szukam informacji o autorze i o tym konkretnym obrazie. Chcę zrozumieć, dlaczego autor uznał, że musi namalować akurat to. Chcę też zrozumieć, dlaczego autor uznał, że musi to namalować akurat w taki, a nie inny sposób. Chcę zrozumieć obraz i jego przekaz.

Trzeci krok to zrobienie szkicu na płótnie, a potem – kolorowanie tego szkicu. Zwykle opowiadam o tym w taki trywialny sposób, mówiąc, że w zasadzie to kolorowanka dla dorosłych, ale nic bardziej mylnego. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwa zabawa, bo trzymając w jednej dłoni pędzel, a w drugiej – paletę, stajesz się na moment TYM/TĄ artystą/tką, który/a tworzy TEN obraz. Musisz na moment wejść w jego/jej głowę, pomyśleć tak jak on/a, spojrzeć na płótno tak jak on/a i to poczuć! Musisz poczuć farbę, poczuć ten temat, uwrażliwić się (co nie jest równoznaczne z piciem wina w trakcie malowania, wręcz przeciwnie), zapomnieć o sobie, o swoich wizjach – masz namalować od początku do końca to, co ktoś już namalował. I kropka. To dzieło jest doskonałe i skończone, a Ty tylko podchodzisz z pędzlem i je odtwarzasz. Spróbuj nie spartolić!

I właśnie to jest najtrudniejsze – żeby nie spartolić. Dlatego w czwartym kroku wracam do patrzenia na oryginał. Trochę jak w tłumaczeniu symultanicznym (powiedziała germanistka z ukończonym dodatkowo fakultetem translatorycznym), a może i prościej, bo w tłumaczeniu symultanicznym słyszysz i równolegle tłumaczysz na język docelowy, a w kopiowaniu obrazów – patrzysz i malujesz praktycznie to samo. Słyszysz i tłumaczysz, patrzysz i malujesz. Jesteś przekaźnikiem informacji, przekaźnikiem wizji, emocji, barw, światłocienia.

Mój „Stańczyk” potrzebuje jeszcze sporo czasu; i na pewno mu go dam, bo oprócz tego całego zamieszania z wyszukiwaniem informacji, patrzeniem, etc., kopiowanie obrazów jest też lekcją malarstwa i dobrą zabawą, która kończy się zadaniem z lat dziecięcych „Znajdź 5 różnic” między oryginałem a kopią. To jest piąty krok, jaki czynię – szukam różnic i je poprawiam, niweluję.

Podsumowując ten naprawdę długi wpis, mogę powiedzieć jedno – dla mnie kopiowanie obrazów jest jak najbardziej hot, bo to świetna okazja do zdobycia jeszcze jakiegoś doświadczenia artystycznego. ALE pod warunkiem, że nikt nie ukrywa, że to kopia a nie praca własna.

Chcesz zobaczyć, jak na ten moment, po zaledwie 3-4 godzinach faktycznego malowania, wygląda Matejkowy „Stańczyk”, którego maluję w wolnych chwilach? Poniżej. 🙂

Zmiany, zmiany, zmiany

Przez jakiś czas mniej było pisania, a więcej malowania; w związku z czym – zajęte ręce nie mogły nadążyć ze wszystkim. Co się działo w moim artystycznym świecie przez ostatnie tygodnie? Już piszę. Łyk kawy, soku, wody – co tam wolisz w ten letni, gorący dzień, i do dzieła! Dosłownie!

Po moim odejściu z normalnej pracy na etacie, postanowiłam nie czekać ani chwili dłużej, nie tracić czasu, tylko od razu zajęłam się poszukiwaniem możliwości dotarcia do większego grona z moimi obrazami, z moją twórczością w ogóle.

Wcześniej już, jakoś w marcu, trafiłam na bimago, które prowadzi program dla młodych artystów Young Art i pomaga w promocji sztuki „niezależnej i nowoczesnej”.

Udało mi się zostać uczestniczką tegoż programu, co zaowocowało i podpisaniem umowy, i już pierwszymi wzorami mojego autorstwa na produktach oferowanych przez bimago. Na razie tylko 4, ale kolejne już przesłałam i czekam na akceptację graficzną.

Wbrew pozorom to nie jest takie proste – narysować jakiś tam wzór i go wysłać. On musi mieć odpowiednią rozdzielność, wymiary, czyli cały szereg wymogów technicznych musi zostać spełniony… No i oczywiście – sam wzór musi być atrakcyjny, to jakby pierwszy warunek dopuszczenia wzoru do dalszej procedury (wszak mam do czynienia z profesjonalną firmą, która pozwala Polakom upiększać swojego domy! To musi mieć dobrą jakość!).

Także przy okazji zrobiłam sobie sama szybki kurs Photoshopa, żeby zapanować nad techniką i przesyłać poprawne wzory.

Zapraszam serdecznie. 🙂

W międzyczasie w mojej firmie rozpoczęły się praktyki studenckie. Praktykanta – moja imienniczka, długowłosa Ola, studentka V roku Wzornictwa na Politechnice Łódzkiej,otrzymała sporo zadań. Są one rozpisane na 8 cudownych tygodni lipca i sierpnia i dotyczą wszystkiego, o czym ja nie mam pojęcia, a co wniesie mojego bloga, a także moją firmę, na zdecydowanie wyższy poziom estetyczny i graficzny.

Stąd też m.in. zmiana logo. Poprzednie – narysowane przeze mnie na szybko jakoś w grudniu zeszłego roku – bardziej przypominało znicz niż pędzel, także zmiana była bardziej niż potrzebna. Po wielu dyskusjach Ola stworzyła projekt, który skradł moje serce. Prawda, że teraz jest pięknie?

I w końcu ostatni punkt tego wpisu – rozpoczęcie współpracy z prawdziwą galerią obrazów!

Wiadomo, że malarz maluje, a potem wstawia te malunki do galerii, które zajmują się sprzedażą. Jednak zanim do tego dojdzie, galeria prosi o przesłanie kilku prac, celem sprawdzenia, czy to się w ogóle nadaje do sprzedaży. Też chciałam „pokazywać się” w prawdziwej galerii.

Przeglądałam wiele różnych miejsc tego typu, zupełnie bez planu i pomysłu, aż trafiłam na stronę jednej z galerii, która przemówiła do mnie wielkimi literami. Galeria Sztuka dla ludzi. „Fantastyczna nazwa!” – pomyślałam i zaczęłam szperać dalej.

Im więcej informacji zdobywałam, tym bardziej chciałam trafić z moimi pracami do tej galerii. Trochę mnie onieśmieliła zakładka z już współracującymi z galerią artystami – wieloletnie doświadczenie, piękne historie, życiorysy związane tylko ze sztuką, wystawy, sława. Trochę onieśmielające…

…ale zaryzykowałam. „Najwyżej mi podziękują” – pomyślałam i zaczęłam przygotowywać zgłoszenie. Kilka najlepszych prac, parę słów o mnie (to zawsze jest najtrudniejsze, zwłaszcza że mój dotychczasowy dorobek artystyczny wynika tylko z pasji, której owoce zwykle lądowały w szufladzie, a co większe – w szafie albo w piwnicy rodziców, a nie z faktycznej, udokumentowanej działalności).

Trudno, 100% szczerości i niech się dzieje, co chce.

Zgłoszenie wysłałam w poniedziałek, 20 lipca.

Nadszedł piątek, 24 lipca, dochodziła godz. 09:00. Akurat skończyłam sprzątać w domu i miałam wyjść jeszcze po drobne zakupy, aż tu słyszę znajomy dźwięk odebranego maila.

Chwytam za telefon.

Odblokowuję go.

Klikam w pasek z powiadomieniem.

Otwieram maila.

Czytam.

Czytam.

Czytam.

Czytam znowu.

I znowu, bo uwierzyć nie mogę.

Sztuka dla ludzi.

„(…) miło nam poinformować, że jesteśmy zainteresowani…”

No nie wierzę!

Kolejne dwie godziny spędziłam na niedowierzaniu i informowaniu o tym znajomych, przyjaciół i rodzinę, a moja codzienność znowu się wywróciła do góry nogami (oczywiście zapomniałam o zakupach, w ogóle już nic mnie nie interesowało tego dnia, hahahaha).

Czułam się jakbym znowu miała 12 lat, jakbym znów była w podstawówce i rozwiązywała układ równań na tablicy na lekcji matematyki z najsurowszą nauczycielką świata. Wynik poprawny, więc pani stawia do dziennika 6. Takie uczucie docenienia i wyróżnienia towarzyszyło mi wtedy (bo to z matmą to akurat prawdziwa historia) i teraz. Tylko już nie noszę warkoczy.

Także podsumowując, zapraszam serdecznie, bo Sztuka dla ludzi ma aż 6 moich obrazów:.

Zmienił się też delikatnie wygląd bloga, w moich mediach społecznościowyych jest więcej treści zza kulis. 🙂 Zmianie ulegną też treści na blogu, który będzie faktycznie blogiem a nie – jak do tej pory – swojego rodzaju tablicą ogłoszeniową z info o nowych pracach. Kompletnie bez sensu. 🙂

W tej chwili kończę zamówienie od osoby prywatnej i zaczynam kolejne. Równolegle oczywiście – bimago, praktyki i poszukiwania kolejnych kanałów rozwoju artystycznego. 🙂

Dziękuję wszystkim, którzy do tej pory mnie wspierali i wciąż wspierają.

Nawet nie wiecie, jak wielką siłę mi dajecie!

Dość cenzury! Chcę się oderwać!

Gustav Klimt – najwybitniejszy przedstawiciel wiedeńskiej secesji, fascynujący artysta, m.in. dla którego pojechałam sobie do Wiednia. Chyba nigdy nie zapomnę jego fresku w Wiener Secessionsgebäude.

A dziś trochę w ramach ćwiczeń z akwarelą, trochę z radości malowania od 5 rano, trochę z potrzeby wypełnienia czasu podczas wysychania farby na „Stańczyku”, popełniłam małą wariację „Pocałunku”. 🙂

Holenderskie impresje: Kinderdijk

Kilka lat temu wybrałam się w małą podróż po krajach Beneluxu. Choć stolicom tych krajów trudno odmówić piękna, mnie urzekły trzy inne – holenderskie – miejscowości: Haga, Delft i tytułowy Kinderdijk.

Kinderdijk [czyt. kinderdejk] to w zasadzie wieś położona kilkanaście kilometrów od Rotterdamu, w której do dziś stoją tak typowe i charakterystyczne dla Holandii wiatraki. Do dziś zachowało się ich dokładnie 19 i stanowią jedną z większych atrakcji turystycznych Holandii (osobiście polecam wsiąść w łódkę i przepłynąć wzdłuż brzegu, podziwiając wiatraki od dołu).

Pejzaży, jaki dziś prezentuję, to z jednej strony wyraz tęsknoty za możliwością delektowania się innym krajobrazem, a z drugiej – zachwyt ultramaryną.

Akryl, 40 x 50 cm, 2020 r.

„Malować śmierć, żeby choć na chwilę o niej zapomnieć”

Namalowałam kopię obrazu „Dolina Śmierci” Zdzisława Beksińskiego. 60 x 80 cm; oczywiście akryl. To był jeden z tych obrazów, który praktycznie malował się sam.