Nowe kredki w piórniku

Wyobraź sobie zapach, który przywołuje ciepłe wspomnienia. Zapach, który poznasz zawsze i wszędzie. Zapach, który tak głęboko tkwi w Twojej pamięci, że jesteś w stanie opisać go nawet po wyrwaniu Cię z głębokiego snu. Zamknij oczy i poczuj to. Co tak pachnie?

Dla mnie takim wyjątkowym zapachem zawsze będzie woń nowych kredek, które dostawałam od rodziców. Zwykle były to kredki ołówkowe – pachniały przepięknie, bo drewnem. Kolorowe rysiki pięknie się prezentowały, aż ręka sama rwała się do rysowania. Jedynym minusem takich kredek była łamliwość, w dodatku ujawniająca się już podczas strugania! Jakież to było irytujące, gdy po kilku chwilach strugania kredki, już widzisz ten piękny ostry rysik, już chcesz nim coś narysować, już masz dotknąć tym idealnym rysikiem powierzchni śnieżnobiałego papieru i….

SRU!

Rysik się łamie. I to jeszcze nie tak równo z drewienkiem, tylko aż się drewienko odgina i powstaje dziura w kredce. Musisz strugać od nowa… No dramat.

Innym rodzajem kredek, których zapachu nigdy nie zapomnę, są kredki świecowe. Niestety te nie należały do moich ulubionych. Raz że nigdy nie umiałam tym rysować, dwa denerwowało mnie, że są takie tłuste jakieś, no i jeszcze ta… woń; specyficzna, charakterystyczna, trochę dusząca… Dobra, po prostu śmierdzą. 🙂

I w końcu trzeci rodzaj kredeczek – grafionowe. Zupełnie szczerze – nazwę tych kredek poznałam dopiero dziś. Byłam w sklepie, takim wiecie – mydło i powidło, i chodziłam sobie to tu, to tam… aż raptem na jednej z półek zauważyłam charakterystyczne kredki, które kochałam na równi z kredkami akwarelowymi. Takie niby rysiki same, niby grafity, niby pastele, ale jednak nie pastele… Zapach też mają taki „bardzo swój”. Wprawdzie dziś już nie jestem nimi tak zachwycowa jak kiedyś, ale i tak je kupiłam. Przez sentyment… 🙂

Kopiowanie obrazów – hot or not?

Zanim przejdę do sedna, muszę ustalić jedną rzecz – jeśli cokolwiek kopiujemy tylko po to, by perfidnie przywłaszczyć sobie prawa autorskie do danego dzieła, to kopiowanie obrazów nie jest złe, bardzo złe. Jest karygodne. I to trzeba podkreślić, z całą mocą zaznaczyć i jeszcze potępić! Ale jeśli odbywa się to na zasadzie – ktoś mi zlecił skopiowanie obrazu, który mu się bardzo podoba, ja się przyznaję, że to kopia i nie podpisuję się na pracy moim nazwiskiem, to może i da się wyciągnąć z tego coś pouczającego?

Często zdarza mi się klient z konkretnym obrazem w głowie, który to obraz koniecznie chciałby powiesić u siebie w domu. Taki klient nie chce ryzykować, ma już sprecyzowane preferencje, ma już swój pomysł i nie będzie tego zmieniać tylko dlatego, bo artysta ma inną wizję. Rozumiem, szanuję i biorę się do pracy. Niemniej za każdym razem, gdy zabieram się za kopię, mam nieodparte wrażenie, że czeka mnie lekcja pokory.

Patrzysz sobie na obraz, dajmy na to na „Stańczyka” Matejki, bo akurat to teraz maluję sama dla siebie (taki prezent ode mnie dla mnie). Dla przypomnienia:

Patrzysz i co widzisz? Zasępionego faceta w czerwonym ubraniu (a może pijanego faceta w czerwonym ubraniu?), który siedzi krześle. OK, to popatrz jeszcze raz, tylko trochę dłużej. Zauważasz stół, okno, dywan i drugi plan, że coś tam się dzieje w tle.

Spójrz ponownie, jeszcze dłużej. Widzisz detale, może nawet odróżnisz obrus od dokumentu, który leży na stole. Może nawet dostrzeżesz widok przez okno. Jeśli Twój wzrok zawędruje w dół obrazu, nagle okaże się, że dywan ma wyszukane wzory i nie leży równo, jest tam jakaś fałda. Tło nagle okazuje się nie być płaską plamą, a kolejną sceną, która rozgrywa się za plecami Stańczyka. I wreszcie Stańczyk. Widzisz jego twarz. Nieruchome czoło, zastygły wzrok, zaplecione dłonie, rozpięty kubrak. Usiadł niedbale, jakby mu nie zależało na niczym, albo jakby właśnie dostał złą wiadomość i musiał ją przetrawić. O co chodzi? Nagle zaczyna się budować w Tobie jakaś ciekawość, może jakieś napięcie…? Może nawet wygooglujesz temat, żeby tę ciekawość zaspokoić.

Tak wygląda pierwszy krok kopiowania obrazów w moim wykonaniu – patrzę. Przez kilka godzin patrzę, chłonę, czytam obraz. Nic więcej. Nie muszę tego robić ciągiem, ale zanim sięgnę po mój pędzel, staram się wyobrazić sobie pracę artysty lub artystki i możliwie najdokładniej prześledzić ruchy pędzla autora obrazu, który będę kopiować. Chcę zobaczyć, jakie niespodzianki ukrył/a; co sprawia, że ten obraz jest wyjątkowy; jak dobierał/a kolory; jak stworzył/a kompozycję; gdzie jest cień, a gdzie – światło. Uczę się prawie na pamięć.

Tylko że uczenie się na pamięć, bez choćby próby zrozumienia – tak jak w szkole – nie ma większego sensu. Ba, nie ma żadnego sensu. Dlatego drugim krokiem dla mnie jest research – szukam informacji o autorze i o tym konkretnym obrazie. Chcę zrozumieć, dlaczego autor uznał, że musi namalować akurat to. Chcę też zrozumieć, dlaczego autor uznał, że musi to namalować akurat w taki, a nie inny sposób. Chcę zrozumieć obraz i jego przekaz.

Trzeci krok to zrobienie szkicu na płótnie, a potem – kolorowanie tego szkicu. Zwykle opowiadam o tym w taki trywialny sposób, mówiąc, że w zasadzie to kolorowanka dla dorosłych, ale nic bardziej mylnego. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwa zabawa, bo trzymając w jednej dłoni pędzel, a w drugiej – paletę, stajesz się na moment TYM/TĄ artystą/tką, który/a tworzy TEN obraz. Musisz na moment wejść w jego/jej głowę, pomyśleć tak jak on/a, spojrzeć na płótno tak jak on/a i to poczuć! Musisz poczuć farbę, poczuć ten temat, uwrażliwić się (co nie jest równoznaczne z piciem wina w trakcie malowania, wręcz przeciwnie), zapomnieć o sobie, o swoich wizjach – masz namalować od początku do końca to, co ktoś już namalował. I kropka. To dzieło jest doskonałe i skończone, a Ty tylko podchodzisz z pędzlem i je odtwarzasz. Spróbuj nie spartolić!

I właśnie to jest najtrudniejsze – żeby nie spartolić. Dlatego w czwartym kroku wracam do patrzenia na oryginał. Trochę jak w tłumaczeniu symultanicznym (powiedziała germanistka z ukończonym dodatkowo fakultetem translatorycznym), a może i prościej, bo w tłumaczeniu symultanicznym słyszysz i równolegle tłumaczysz na język docelowy, a w kopiowaniu obrazów – patrzysz i malujesz praktycznie to samo. Słyszysz i tłumaczysz, patrzysz i malujesz. Jesteś przekaźnikiem informacji, przekaźnikiem wizji, emocji, barw, światłocienia.

Mój „Stańczyk” potrzebuje jeszcze sporo czasu; i na pewno mu go dam, bo oprócz tego całego zamieszania z wyszukiwaniem informacji, patrzeniem, etc., kopiowanie obrazów jest też lekcją malarstwa i dobrą zabawą, która kończy się zadaniem z lat dziecięcych „Znajdź 5 różnic” między oryginałem a kopią. To jest piąty krok, jaki czynię – szukam różnic i je poprawiam, niweluję.

Podsumowując ten naprawdę długi wpis, mogę powiedzieć jedno – dla mnie kopiowanie obrazów jest jak najbardziej hot, bo to świetna okazja do zdobycia jeszcze jakiegoś doświadczenia artystycznego. ALE pod warunkiem, że nikt nie ukrywa, że to kopia a nie praca własna.

Chcesz zobaczyć, jak na ten moment, po zaledwie 3-4 godzinach faktycznego malowania, wygląda Matejkowy „Stańczyk”, którego maluję w wolnych chwilach? Poniżej. 🙂

Dość cenzury! Chcę się oderwać!

Gustav Klimt – najwybitniejszy przedstawiciel wiedeńskiej secesji, fascynujący artysta, m.in. dla którego pojechałam sobie do Wiednia. Chyba nigdy nie zapomnę jego fresku w Wiener Secessionsgebäude.

A dziś trochę w ramach ćwiczeń z akwarelą, trochę z radości malowania od 5 rano, trochę z potrzeby wypełnienia czasu podczas wysychania farby na „Stańczyku”, popełniłam małą wariację „Pocałunku”. 🙂

„Malarz, który nie ma wątpliwości, osiągnie niewiele”…

…Powiedział niegdyś Leonadro da Vinci, którego 501. rocznica śmierci przypada właśnie na dzień 2 maja 2020 r. Choć za życia malarstwo nie stało w centrum jego zainteresowań, to właśnie ono go wysławiło. Do dnia dzisiejszego przetrwało kilkanaście obrazów mistrza.

Renesansowy mistrz urodził się w miejscowości Vinci w prowincji Florencja w 1452 r. jako nieślubny syn chłopki i notariusza, który zadbał o edukację syna; tak też młody Leonadro trafił pod skrzydła mistrza Andrei del Verrocchio, który nauczył go m.in. zasad perspektywy.

Olej w służbie sfumato

Leonadro da Vinci na początku swojej malarskiej drogi używał temper, jednak potem „poszedł w olej”, ponieważ farby olejne dawały mu znacznie więcej możliwości na płaszczyźnie cieniowania, szukania głębi i odcieni.

Farby, których używał Leonadro, bazowały – w co dziś trudno uwierzyć – na naturalnych składnikach takich jak: różnego rodzaju rośliny, ziemia, kora drzew i minerały oraz – jako podstawowe składniki tychże farb – olej z siemienia lnianego i orzecha włoskiego. To wszystko trzeba było zmielić i ze sobą połączyć. Aby proces mielenia farb nieco usprawnić, Leonardo skonstruował do tego specjalną maszynę na wzór tłoczarki oliwy.

Włoski malarz był przekonany, że nie wolno malować ostrej granicy między światłem a cieniem i jedno w drugie powinno bardzo łagodnie przechodzić; dlatego pracował nad miękkimi przejściami między jasnymi a ciemnymi plamami na swoich obrazach. Aby taki efekt braku dużego kontrastu uzyskać na obiekcie, który malował, nigdy nie robił tego w pełnym słońcu lub używał jasnej płachty do rozproszenia światła dzienniego. Technika malowania takich łagodnych przejść ma nawet swój termin – sfumato.

Poznanie kształtów wszelkich ciał

Zagadnienie światła pochłaniało włoskiego mistrza do tego stopnia, że aż zdefiniował on rodzaje źródeł światła oraz ich odmiany. Do źródeł światła zaliczał m.in. światło odbite, a do odmian – np. światło wpadające przez okno. Duży nacisk na światło i cień w twórczości Leonadra brała się też z przekonania, że właśnie te dwa czynniki są „najpewniejszymi środkami do poznania kształtów wszelkich ciał”.

W odróżnieniu od innych renesansowych artystów Leonardo stworzył niewiele dzieł. Zwykle też malował bardzo wolno, skupiając się bardzo na szczegółach, a czasem i zmieniając zupełnie koncepcję.

Aby pobudzać wyobraźnię, polecał swoim uczniom poznawanie „abstrakcyjnych kształtów”, mając tu na myśli np. chmury czy dym, przy jednoczesnym zachowaniu „matematycznej precyzji”.

Odważny eksperymentator

Da Vinci nie bał się szukać nowych sposobów poznania świata, który go otaczał. Tak na przykład dokonał kilku (nielegalnych zresztą) sekcji zwłok, by lepiej poznać anatomię człowieka. Organizm ludzki był dla niego fascynującą zagadką, którą chciał rozwikłać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania, np. skąd się bierze katar? Jednak papież zabronił mu dalszego wykonywania sekcji.

Efektem badań Leonarda były rysunki i szkice przedstawiające mięśnie, ścięgna, kości i stawy. W tym akapicie należy wspomnieć o słynnym „Człowieku witruwiańskim”, który przedstawia proporcje ludzkiego ciała (sam rysunek miał być ilustracją do traktatu Witruwiusza „O architekturze ksiąg dziesięcioro”, w którym opisywał propocje ciała dorosłego człowieka).

Tak też zauważono, że człowieka można podzielić na moduły, gdzie 1 moduł to odcinek między brodą a linią włosów lub otwarta dłoń. Przyłóż teraz otwartą dłoń do twarzy. Prawda, że te odcinki są identyczne? Chodźmy dalej – odcinek między nadgarskiem a łokciem równa się długości stopy. Sprawdź!

Tych kilka akapitów absolutnie nie wyczerpuje historii Leonarda da Vinci, która jest tak wielowątkowa, że aż trudno zawrzeć ją w jednym poście; dlatego skupiłam się tylko na ułamku malarskiej historii.

Źródła: Andrea del Verrocchio, sfumato, Leonadro1, Leonardo2, Leonardo3, Człowiek witruwiański