„Malować śmierć, żeby choć na chwilę o niej zapomnieć”

Namalowałam kopię obrazu „Dolina Śmierci” Zdzisława Beksińskiego. 60 x 80 cm; oczywiście akryl. To był jeden z tych obrazów, który praktycznie malował się sam.

„Stworzenie Adama”

To nie było moje pierwsze zetknięcie z Michałem Aniołem i słynnym fragmentem „Stworzenia Adama”. Tym razem jednak pokusiłam się o modyfikację, aby ten obraz bardziej wpisywał się w zainteresowania klienta, który go u mnie zamówił.

Zresztą nie jestem pierwszą, która postanowiła „zabawić” się kosztem Adama i Boga, i włożyła im w dłonie jakiś przedmiot. W zależności od kontekstu, poczucia humoru lub oczekiwanego efektu postaci z obrazu renesansowego mistrza podawały sobie co innego. Na przykład terminal płatniczy:

Ktoś inny z kolei – bardziej na czasie – wymyślił sobie, żeby słynne dłonie się”odkażały”:

W mojej wersji Adam podaje Bogu puszkę z farbą do graffiti.

Mój klient odezwał się któregoś dnia i napisał, że chce zamówić właśnie ten obraz. Potem jednak nastapiła chwila ciekawej rozmowy o graffiti. Abstrahując od tej kontrowersyjnej strony graffiti (bo ładne budynki brzydko wyglądają z bazgrołami dzieciaków), osobiście bardzo lubię graffiti, które ma jakiś przekaz, które jest szczerym głosem, może wręcz krzykiem, społeczeństwa.

Dlatego kończąc to zamówienie, dodałam od siebie puszkę, i wyobrażam sobie, że Bóg z obrazu zrobi z niej dobry użytek i napisze na ścianie z tyłu coś w stylu: „Ludzie, opamiętajcie się!” albo „Człowieku, odpuść”.

Obraz namalowałam akrylem na płótnie bawełnianym o wym. 60 x 50 cm.

Święta to czas, kiedy można spokojnie stanąć przed sztalugą i dać się ponieść kolorom. W tym roku miałam ku temu dobrą okazję, a to z uwagi na mały challenge – czy uda mi się skopiować obraz „Tiger” autorstwa Franza Marca.

Tradycyjnie zaczęłam od szkicu.

A potem to już tylko kolorowanka.

W trakcie zauważyłam, że taśma malarska idealnie się nadaje do kreślenia prostych linii. Nie odkryłam Ameryki, ale bardzo przyspieszyłam całe malowanie.

Po kikunastu godzinach pracy uzyskałam taki efekt:

Wymiar: 50 x 60 cm

Technika: akryl

Rok namalowania: 2019

Słoneczniki Aleksandry

Oczywiście, że to kopia jednej z wielu wersji słynnych „Słoneczników” van Gogha.

Na tym obrazie dość ważne są według mnie wyrażne pociągnięcia pędzlem i niewygładzanie farby. Dlatego „szczeciniak” dał radę!

Wymiary: 40 x 50 cm

Technika: akryl

Rok namalowania: 2009 r.

Pastel Witkacego w moim akrylu

Kiedyś znajomy poprosił o kopię pastelowego portretu autorstwa Witkacego. Z radością podjęłam się wyzwania, jednak w trakcie malowania ciągle czułam, że coś jest nie tak. Wtedy zaczęłam czytać o tym portrecie…

Okazało się, że został on narysowany na brązowym papierze, a ja radośnie zaczęłam malować na białym podkladzie. Niby nic takiego, bo przecież, co stoi na przeszkodzie po prostu rozrobić farbę o odpowiednim kolorze i ją nanieść? A jednak dopiero po zrobieniu brązowego podkładu, obraz zaczął przypominać oryginał.

Prezent się udał.

Wymiary: 30 x 40 cm

Technika: akryl

Rok namalowania: 2013 r.

Suffolk dotknięte polską ręką

Jako 10-latka regularnie dostawałam od rodziców pisemko „Przygoda ze sztuką”. Każdy numer składał się z tych samych, powtarzalnych elementów – trochę teorii, trochę praktyki (zwykle dotyczącej dość prostych, acz kreatywnych form) oraz kilka porad dla młodych artystów. Jednak mnie zawsze najbardziej fascynowały ostatnie strony gazetki, na których publikowano dzieła światowego malarstwa z krótkim opisem.

W czasach, o których wspominam, nie było internetu (brak internetu brzmi jak katastrofa, po której ludzie wracają do jaskinii i okrywają się skórami, by przetrwać przeciąg), więc „Przygoda ze sztuką” była dla mnie pierwszą w życiu możliwością zobaczenia choćby namiastki dzieł van Gogha, Moneta, czy mniej znanego – Constable’a.

To właśnie Constable był pierwszym artystą, którego prace mnie wówczas zachwyciły. Tak, zachwył 10-latkę, która właśnie odkryła, że dzięki malarstwu można albo wykreować zupełnie inną rzeczywistość, albo przedstawić otaczający mnie świat inaczej, albo zostawić go takim, jaki jest, ze wszyskimi jego wadami i zaletami.

Constable był poniekąd wizjonerem. Wyszedł z pracowni, by robić notatki do widoków, które oglądał. Fakt – wracał potem do swojej pracowni, by namalować to, co widział, ale miał świadomość, że chwile są ulotne, trwają sekundę i nie zawsze da się je tak po prostu odtworzyć.

W jego obrazach widziałam jakąś tęsknotę, melancholię i ból; nie wiem, dlaczego jako dziecko miałam tak bolesne wizje, patrząc na namalowany olejem młyn, niemniej czułam niesamowitą chęć odtworzenia tych uczuć. Próbowałam, próbowałam, aż w końcu utknęłam na innym obrazie, bez młyna, – „A Cottage in a Cornfield”.

Na przestrzeni lat namalowałam wiele jego wersji, mniej lub bardziej podobnych do oryginału, każda z nich jest inna, każda z nich coraz bardziej była moja, a nie – Johna z hrabstwa Suffolk. Ta, którą dziś publikuję, jest najnowszą, jaka powstała spod mojej ręki.

Wymiar: 40 x 50 cm

Technika: akryl

Rok powstania: 2015 r.