„Jutro też wstanie dzień”

Drugi obraz w tym roku jest wyjątkowy pod kilkoma względami. Pierwszy dotyczy doboru barw – nietypowy jak dla mnie, ale spodobały mi się. Ponadto ten obraz zostanie wystawiony na aukcji charytatywnej, a co to za aukcja… Ho, ho. Sami zobaczycie; już niedługo. Będzie wideo, 2 stand-uperów i – mam nadzieję – żarty na poziomie. 😉

Szkarłatne maki, jak szkarłatna jest krew

Kilka razy próbowałam zebrać myśli w logiczny ciąg zdań o prawach kobiet, ale za każdym razem brzmiało to zbyt pokracznie, nieprecyzyjnie i grafomańsko, więc się poddałam i postanowiłam moje myśli namalować. W zasadzie wylałam to z siebie za pomocą czerwonej farby – symbol krwi, z którą to krwią my, kobiety, praktycznie ciągle mamy do czynienia. Tak też powstaje cykl akwareli „Szkarłatne maki, jak szkarłatna jest krew”. Maki będę dalej malować i uzupełniać poniższą galerię, natomiast samą interpretację pozostawiam Wam… Peace & Love.

Z nową pracownią w nowy rok

Słoik z wodą po malowaniu przy chlebaku, paleta na kuchence, pędzle w zlewie, sztaluga zastawiająca lodówkę… Tak w skrócie wyglądały kulisy malowania obrazów z 2020 r., a plany na 2021 są ambitne, co oznacza, że malarstwo zajmie mi jeszcze więcej miejsca niż dotychczas. Nagle coś pękło i powiedziałam: „Dość„.

Tak zaczęły się poszukiwania lokalu na pracownię artystyczną. Ku mojemu zdziwieniu ofert wynajmu w Łodzi jest naprawdę sporo, niestety większość jest przewidziana na biura, a nie artystyczne chlapanie farbą (również po ścianach). Mimo to odpisałam na 3 ogłoszenia, wyjaśniłam, o co mi chodzi, co zamierzam tam robić, etc. Na 2 z nich do tej pory zerowy feedback, a ten jeden jedyny feedback, który nadszedł, okazał się być strzałem w 10!

Tuż po przekroczeniu progu zaczęłam sobie wyobrażać, jak pomaluję ściany, gdzie postawię farby i jak widno wreszcie będę miała. Wszystko potoczyło się szybko i bardzo sprawnie.

Lokal jest w dobrym stanie, ale mogłam go nieco odświeżyć. Malowanie, porządki, nowa wykładzina, przewiezienie całego malarskiego majdanu i po niecałych 2 tygodniach pracownia jest gotowa! 🙂

A oto i ona.

Moja pracownia; atelier Lustkunst. ❤

To będzie twórczy rok.

„Malować śmierć, żeby choć na chwilę o niej zapomnieć”

Namalowałam kopię obrazu „Dolina Śmierci” Zdzisława Beksińskiego. 60 x 80 cm; oczywiście akryl. To był jeden z tych obrazów, który praktycznie malował się sam.

„Głowa moja pełna jest najdzikszych sprzeczności!”

Portret ze zdjęcia, akrylu, na płótnie bawełnianym o wymiarach 40 x 50 cm, 2015 r.

Suffolk dotknięte polską ręką

Jako 10-latka regularnie dostawałam od rodziców pisemko „Przygoda ze sztuką”. Każdy numer składał się z tych samych, powtarzalnych elementów – trochę teorii, trochę praktyki (zwykle dotyczącej dość prostych, acz kreatywnych form) oraz kilka porad dla młodych artystów. Jednak mnie zawsze najbardziej fascynowały ostatnie strony gazetki, na których publikowano dzieła światowego malarstwa z krótkim opisem.

W czasach, o których wspominam, nie było internetu (brak internetu brzmi jak katastrofa, po której ludzie wracają do jaskinii i okrywają się skórami, by przetrwać przeciąg), więc „Przygoda ze sztuką” była dla mnie pierwszą w życiu możliwością zobaczenia choćby namiastki dzieł van Gogha, Moneta, czy mniej znanego – Constable’a.

To właśnie Constable był pierwszym artystą, którego prace mnie wówczas zachwyciły. Tak, zachwył 10-latkę, która właśnie odkryła, że dzięki malarstwu można albo wykreować zupełnie inną rzeczywistość, albo przedstawić otaczający mnie świat inaczej, albo zostawić go takim, jaki jest, ze wszyskimi jego wadami i zaletami.

Constable był poniekąd wizjonerem. Wyszedł z pracowni, by robić notatki do widoków, które oglądał. Fakt – wracał potem do swojej pracowni, by namalować to, co widział, ale miał świadomość, że chwile są ulotne, trwają sekundę i nie zawsze da się je tak po prostu odtworzyć.

W jego obrazach widziałam jakąś tęsknotę, melancholię i ból; nie wiem, dlaczego jako dziecko miałam tak bolesne wizje, patrząc na namalowany olejem młyn, niemniej czułam niesamowitą chęć odtworzenia tych uczuć. Próbowałam, próbowałam, aż w końcu utknęłam na innym obrazie, bez młyna, – „A Cottage in a Cornfield”.

Na przestrzeni lat namalowałam wiele jego wersji, mniej lub bardziej podobnych do oryginału, każda z nich jest inna, każda z nich coraz bardziej była moja, a nie – Johna z hrabstwa Suffolk. Ta, którą dziś publikuję, jest najnowszą, jaka powstała spod mojej ręki.

Wymiar: 40 x 50 cm

Technika: akryl

Rok powstania: 2015 r.