Czasem mam takie dni, kiedy w głowie kotłują mi się jakieś obrazy. Niekiedy klaruje się z tego jedna, jasna, konkretna myśl lub pomysł, a innym razem ten chaos pozostaje nieujarzmiony. Jednak gdy ta myśl, ten obraz w końcu wyłoni się z otchłani innych, nienazanych, ale powstałych w mojej wyobraźni kształtów, form i kolorów muszę usiąć i coś z tym zrobić.

Tak też mniej więcej brzmi historia natchnienia do narysowania sułtana. Naoglądałam się serialu, w którym mnogość kolorów, wzorów, pięknych widoków tureckich jest tak wielka, że nie mogłam się oderwać. W końcu pomyślałam, że chcę coś narysować, tak będąc na fali tej namiastki tureckiej historii i kultury. Padło na postać sułtana.

Ćwiczenie czyni mistrza

Gdy byłam małą dziewczynką, dostałam od rodziców kilka książek o rysowaniu i malarstwie. Zamieszczone tam teksy rzadko spotykały się z moim zainteresowaniem, wolałam od razu usiąść do ołówków i rysować wszystko, co przedstawiają ilustracje tychże książek – od martwej natury, przez architekturę, po portrety.

Dziś znów sięgam do tych książek, ale już mniej spontanicznie. Przeczytałam wszystkie z wielką ciekawością nawet nie dla samych treści, bo znam to wszystko od strony praktyki, ale jestem pełna podzwiu dla autorów i tłumaczy (nie zapominajmy o tłumaczach!), że tak pięknie, konkretnie i jasno potrafią przekazać coś, co wielu artystów po prostu czuje i o tym nie rozmawia.

Taką właśnie książką jest chociażby „Rysunek artystyczny” autorstwa José M. Parramón’a. Po lekturze od deski do deski , wzięłam – a jakże – ołówki i znów zaczęłam rysować z ilustracji. Poniżej fotostory, jak to powstawało krok po kroku, w miniaturce tego posta z lewej strony znajdziecie oryginał, a z prawej – mój rysunek.

Na koniec mogę tylko polecić każdą książkę, którą napisał José M. Parramón. 🙂

Były sobie trzy kaczuszki

Jedna zła, druga smutna, a trzecia pierdołowata.

Cienkopis na papierze akwarelowym, 2021 r.

Nowe kredki w piórniku

Wyobraź sobie zapach, który przywołuje ciepłe wspomnienia. Zapach, który poznasz zawsze i wszędzie. Zapach, który tak głęboko tkwi w Twojej pamięci, że jesteś w stanie opisać go nawet po wyrwaniu Cię z głębokiego snu. Zamknij oczy i poczuj to. Co tak pachnie?

Dla mnie takim wyjątkowym zapachem zawsze będzie woń nowych kredek, które dostawałam od rodziców. Zwykle były to kredki ołówkowe – pachniały przepięknie, bo drewnem. Kolorowe rysiki pięknie się prezentowały, aż ręka sama rwała się do rysowania. Jedynym minusem takich kredek była łamliwość, w dodatku ujawniająca się już podczas strugania! Jakież to było irytujące, gdy po kilku chwilach strugania kredki, już widzisz ten piękny ostry rysik, już chcesz nim coś narysować, już masz dotknąć tym idealnym rysikiem powierzchni śnieżnobiałego papieru i….

SRU!

Rysik się łamie. I to jeszcze nie tak równo z drewienkiem, tylko aż się drewienko odgina i powstaje dziura w kredce. Musisz strugać od nowa… No dramat.

Innym rodzajem kredek, których zapachu nigdy nie zapomnę, są kredki świecowe. Niestety te nie należały do moich ulubionych. Raz że nigdy nie umiałam tym rysować, dwa denerwowało mnie, że są takie tłuste jakieś, no i jeszcze ta… woń; specyficzna, charakterystyczna, trochę dusząca… Dobra, po prostu śmierdzą. 🙂

I w końcu trzeci rodzaj kredeczek – grafionowe. Zupełnie szczerze – nazwę tych kredek poznałam dopiero dziś. Byłam w sklepie, takim wiecie – mydło i powidło, i chodziłam sobie to tu, to tam… aż raptem na jednej z półek zauważyłam charakterystyczne kredki, które kochałam na równi z kredkami akwarelowymi. Takie niby rysiki same, niby grafity, niby pastele, ale jednak nie pastele… Zapach też mają taki „bardzo swój”. Wprawdzie dziś już nie jestem nimi tak zachwycowa jak kiedyś, ale i tak je kupiłam. Przez sentyment… 🙂

Święta to czas, kiedy można spokojnie stanąć przed sztalugą i dać się ponieść kolorom. W tym roku miałam ku temu dobrą okazję, a to z uwagi na mały challenge – czy uda mi się skopiować obraz „Tiger” autorstwa Franza Marca.

Tradycyjnie zaczęłam od szkicu.

A potem to już tylko kolorowanka.

W trakcie zauważyłam, że taśma malarska idealnie się nadaje do kreślenia prostych linii. Nie odkryłam Ameryki, ale bardzo przyspieszyłam całe malowanie.

Po kikunastu godzinach pracy uzyskałam taki efekt:

Wymiar: 50 x 60 cm

Technika: akryl

Rok namalowania: 2019

Howgh!

„Indianin”.

Zaczęłam od szkicu na płótnie za pomocą miękkiego ołówka. Zwykle nie robię zbyt szegółowego szkicu, niemniej podczas malowania „Indianina” bardzo mi zależało na zmarszczkach i bliznach, dlatego trochę w ramach treningu, trochę z nadzieją na uzyskanie lepszego efektu podczas malowania farbą skupiłam się właśnie na detalach twarzy.

Szkic na płótnie miękkim ołówkiem

Gdy szkic był już gotowy, zaczęłam malować. W kilkanaście godzin postać Indianina była praktycznie gotowa. Nie mogłam się zdecydować na tło – w pierwszej wersji było… złote! Jednak ostatecznie wybrałam coś bardziej stonowanego…

Wykończenie farbą akrylową

Wymiary: 60 x 70 cm

Technika: akryl

Rok namalowania: 2017