Gęby i maski

Za wiele z Gombrowiczowskich masek tutaj nie ma, ale mam ogromny sentyment do tego obrazu. Malowałam go 7 lat! W międzyczasie poznawałam akryl i bawiłam się kolorem. Odkryłam złotą farbę i pastę strukturalną (tę ostatnią nałożyłam na kryształki wokół tej złotej maski).

Dla porównania postępów poniżej zamieszczam obraz w jego początkowej fazie (ok. 2012 r.)

A jeszcze niżej efekt końcowy.

Wymiary: 50 x 60 cm

Technika: akryl

Rok namalowania: 2019 r.

Howgh!

„Indianin”.

Zaczęłam od szkicu na płótnie za pomocą miękkiego ołówka. Zwykle nie robię zbyt szegółowego szkicu, niemniej podczas malowania „Indianina” bardzo mi zależało na zmarszczkach i bliznach, dlatego trochę w ramach treningu, trochę z nadzieją na uzyskanie lepszego efektu podczas malowania farbą skupiłam się właśnie na detalach twarzy.

Szkic na płótnie miękkim ołówkiem

Gdy szkic był już gotowy, zaczęłam malować. W kilkanaście godzin postać Indianina była praktycznie gotowa. Nie mogłam się zdecydować na tło – w pierwszej wersji było… złote! Jednak ostatecznie wybrałam coś bardziej stonowanego…

Wykończenie farbą akrylową

Wymiary: 60 x 70 cm

Technika: akryl

Rok namalowania: 2017

Słoneczniki Aleksandry

Oczywiście, że to kopia jednej z wielu wersji słynnych „Słoneczników” van Gogha.

Na tym obrazie dość ważne są według mnie wyrażne pociągnięcia pędzlem i niewygładzanie farby. Dlatego „szczeciniak” dał radę!

Wymiary: 40 x 50 cm

Technika: akryl

Rok namalowania: 2009 r.

Suffolk dotknięte polską ręką

Jako 10-latka regularnie dostawałam od rodziców pisemko „Przygoda ze sztuką”. Każdy numer składał się z tych samych, powtarzalnych elementów – trochę teorii, trochę praktyki (zwykle dotyczącej dość prostych, acz kreatywnych form) oraz kilka porad dla młodych artystów. Jednak mnie zawsze najbardziej fascynowały ostatnie strony gazetki, na których publikowano dzieła światowego malarstwa z krótkim opisem.

W czasach, o których wspominam, nie było internetu (brak internetu brzmi jak katastrofa, po której ludzie wracają do jaskinii i okrywają się skórami, by przetrwać przeciąg), więc „Przygoda ze sztuką” była dla mnie pierwszą w życiu możliwością zobaczenia choćby namiastki dzieł van Gogha, Moneta, czy mniej znanego – Constable’a.

To właśnie Constable był pierwszym artystą, którego prace mnie wówczas zachwyciły. Tak, zachwył 10-latkę, która właśnie odkryła, że dzięki malarstwu można albo wykreować zupełnie inną rzeczywistość, albo przedstawić otaczający mnie świat inaczej, albo zostawić go takim, jaki jest, ze wszyskimi jego wadami i zaletami.

Constable był poniekąd wizjonerem. Wyszedł z pracowni, by robić notatki do widoków, które oglądał. Fakt – wracał potem do swojej pracowni, by namalować to, co widział, ale miał świadomość, że chwile są ulotne, trwają sekundę i nie zawsze da się je tak po prostu odtworzyć.

W jego obrazach widziałam jakąś tęsknotę, melancholię i ból; nie wiem, dlaczego jako dziecko miałam tak bolesne wizje, patrząc na namalowany olejem młyn, niemniej czułam niesamowitą chęć odtworzenia tych uczuć. Próbowałam, próbowałam, aż w końcu utknęłam na innym obrazie, bez młyna, – „A Cottage in a Cornfield”.

Na przestrzeni lat namalowałam wiele jego wersji, mniej lub bardziej podobnych do oryginału, każda z nich jest inna, każda z nich coraz bardziej była moja, a nie – Johna z hrabstwa Suffolk. Ta, którą dziś publikuję, jest najnowszą, jaka powstała spod mojej ręki.

Wymiar: 40 x 50 cm

Technika: akryl

Rok powstania: 2015 r.