„Jutro też wstanie dzień”

Drugi obraz w tym roku jest wyjątkowy pod kilkoma względami. Pierwszy dotyczy doboru barw – nietypowy jak dla mnie, ale spodobały mi się. Ponadto ten obraz zostanie wystawiony na aukcji charytatywnej, a co to za aukcja… Ho, ho. Sami zobaczycie; już niedługo. Będzie wideo, 2 stand-uperów i – mam nadzieję – żarty na poziomie. 😉

Holenderskie impresje: Kinderdijk

Kilka lat temu wybrałam się w małą podróż po krajach Beneluxu. Choć stolicom tych krajów trudno odmówić piękna, mnie urzekły trzy inne – holenderskie – miejscowości: Haga, Delft i tytułowy Kinderdijk.

Kinderdijk [czyt. kinderdejk] to w zasadzie wieś położona kilkanaście kilometrów od Rotterdamu, w której do dziś stoją tak typowe i charakterystyczne dla Holandii wiatraki. Do dziś zachowało się ich dokładnie 19 i stanowią jedną z większych atrakcji turystycznych Holandii (osobiście polecam wsiąść w łódkę i przepłynąć wzdłuż brzegu, podziwiając wiatraki od dołu).

Pejzaży, jaki dziś prezentuję, to z jednej strony wyraz tęsknoty za możliwością delektowania się innym krajobrazem, a z drugiej – zachwyt ultramaryną.

Akryl, 40 x 50 cm, 2020 r.

Natchnienie w biegu

Był rześki sobotni poranek. Gdy wybiła godzina 06:30 i budzik zaczął niemiłosiernie dzwonić, informując, że pora wstawać, mocno się biłam z chęcią pozostania w ciepłej pościeli a koniecznością rozpoczęcia dnia krótką przebieżką po parku.

Oj, bardzo mi się nie chciało wstać. Włączyłam drzemkę w budziku, mając cichą nadzieję, że te parę minut przerwy w alarmie będą trwać i trwać. Poduszka pod moją głową wydawała się taka mięciutka, łóżko nagle stało się magnesem, które mocno trzymało mnie przy sobie, a kołdra, którą się nakryłam po same uszy, dawała błogie poczucie bezpieczeństwa. Powoli, bardzo powoli powieki stawały się coraz cięższe, oddech wolniejszy, sekundy dzieliły mnie od uśnięcia…

DRRRRRYYYYŃŃŃŃŃ

Znowu zadzwonił budzik, a ja – najpierw wystraszona, a potem już tylko wkurzona – postanowiłam wstać i rozprawić się najpierw z budzikiem, a potem z sennością.

Krótka poranna toaleta, coś na ząb, buty na nogi i już byłam gotowa do wyjścia. Przed domem jeszcze chwila rozgrzewki i ruszyłam przed siebie. Powolnym krokiem, bez smartbanda, bez telefonu, tylko dla samego rozruszania się po – kolejnej już niestety – przerwie od biegania.

Mijałam ludzi (jedni wracali chwiejnym krokiem po „okrążeniu nad ranem”, a inni szli z yorkami pod pachą), uliczki, swerek, stadion, aż skręciłam w ulicę prowadzącą do parku. Lubię ten park, ponieważ raz, że jest blisko, a dwa przebiegłam tam wiele pięknych kilometrów, toteż często tam wracam.

Większość trasy prowadzi po ubitej ziemi otoczonej przez wysokie drzewa rzucające cień. Jasne, jaskrawe, poranne słońce przedzierało się przez nieliczne odstępy między liśćmi, ogrzewając moją twarz podczas biegu.

Biegłam równo i powoli, napawając się śpiewem ptaków, soczystą i bujną zielenią, upojnym zapachem bzu i ciepłymi promieniami. Pod koniec trasy wybiega się z cienia na jasną polanę, która tego dnia była aż nienaturlanie biała, wręcz odblaskowa. Zachwycił mnie ten kontrast między zacienioną a rozświetloną częścią trasy, którą sobie biegłam, do tego stopnia, że aż ten widoczek namalowałam.

Powyższy pejzaż namalowałam akrylami na bawełnianym podobraziu o wym. 40 x 50 cm. Uprzedzając pytania – nie jest do kupienia. 🙂

Suffolk dotknięte polską ręką

Jako 10-latka regularnie dostawałam od rodziców pisemko „Przygoda ze sztuką”. Każdy numer składał się z tych samych, powtarzalnych elementów – trochę teorii, trochę praktyki (zwykle dotyczącej dość prostych, acz kreatywnych form) oraz kilka porad dla młodych artystów. Jednak mnie zawsze najbardziej fascynowały ostatnie strony gazetki, na których publikowano dzieła światowego malarstwa z krótkim opisem.

W czasach, o których wspominam, nie było internetu (brak internetu brzmi jak katastrofa, po której ludzie wracają do jaskinii i okrywają się skórami, by przetrwać przeciąg), więc „Przygoda ze sztuką” była dla mnie pierwszą w życiu możliwością zobaczenia choćby namiastki dzieł van Gogha, Moneta, czy mniej znanego – Constable’a.

To właśnie Constable był pierwszym artystą, którego prace mnie wówczas zachwyciły. Tak, zachwył 10-latkę, która właśnie odkryła, że dzięki malarstwu można albo wykreować zupełnie inną rzeczywistość, albo przedstawić otaczający mnie świat inaczej, albo zostawić go takim, jaki jest, ze wszyskimi jego wadami i zaletami.

Constable był poniekąd wizjonerem. Wyszedł z pracowni, by robić notatki do widoków, które oglądał. Fakt – wracał potem do swojej pracowni, by namalować to, co widział, ale miał świadomość, że chwile są ulotne, trwają sekundę i nie zawsze da się je tak po prostu odtworzyć.

W jego obrazach widziałam jakąś tęsknotę, melancholię i ból; nie wiem, dlaczego jako dziecko miałam tak bolesne wizje, patrząc na namalowany olejem młyn, niemniej czułam niesamowitą chęć odtworzenia tych uczuć. Próbowałam, próbowałam, aż w końcu utknęłam na innym obrazie, bez młyna, – „A Cottage in a Cornfield”.

Na przestrzeni lat namalowałam wiele jego wersji, mniej lub bardziej podobnych do oryginału, każda z nich jest inna, każda z nich coraz bardziej była moja, a nie – Johna z hrabstwa Suffolk. Ta, którą dziś publikuję, jest najnowszą, jaka powstała spod mojej ręki.

Wymiar: 40 x 50 cm

Technika: akryl

Rok powstania: 2015 r.