Czasem mam takie dni, kiedy w głowie kotłują mi się jakieś obrazy. Niekiedy klaruje się z tego jedna, jasna, konkretna myśl lub pomysł, a innym razem ten chaos pozostaje nieujarzmiony. Jednak gdy ta myśl, ten obraz w końcu wyłoni się z otchłani innych, nienazanych, ale powstałych w mojej wyobraźni kształtów, form i kolorów muszę usiąć i coś z tym zrobić.

Tak też mniej więcej brzmi historia natchnienia do narysowania sułtana. Naoglądałam się serialu, w którym mnogość kolorów, wzorów, pięknych widoków tureckich jest tak wielka, że nie mogłam się oderwać. W końcu pomyślałam, że chcę coś narysować, tak będąc na fali tej namiastki tureckiej historii i kultury. Padło na postać sułtana.

Szkarłatne maki, jak szkarłatna jest krew

Kilka razy próbowałam zebrać myśli w logiczny ciąg zdań o prawach kobiet, ale za każdym razem brzmiało to zbyt pokracznie, nieprecyzyjnie i grafomańsko, więc się poddałam i postanowiłam moje myśli namalować. W zasadzie wylałam to z siebie za pomocą czerwonej farby – symbol krwi, z którą to krwią my, kobiety, praktycznie ciągle mamy do czynienia. Tak też powstaje cykl akwareli „Szkarłatne maki, jak szkarłatna jest krew”. Maki będę dalej malować i uzupełniać poniższą galerię, natomiast samą interpretację pozostawiam Wam… Peace & Love.

me.gusta:el.toro.1

Pierwszym obrazem 2021 r. był akryl przedstawiający hiszpańskiego byka bitewnego. Uwielbiam te zwierzęta; są silne, majestatyczne, dumne, wzbudzają niesamowity respekt. Są po prostu piękne. Spór o korridę wciąż trwa, choć – podobno – teraz nikt już nie zabija byków. Po co więc w ogóle męczyć te zwierzęta? Kiedyś wrócę do tematu…

Z nową pracownią w nowy rok

Słoik z wodą po malowaniu przy chlebaku, paleta na kuchence, pędzle w zlewie, sztaluga zastawiająca lodówkę… Tak w skrócie wyglądały kulisy malowania obrazów z 2020 r., a plany na 2021 są ambitne, co oznacza, że malarstwo zajmie mi jeszcze więcej miejsca niż dotychczas. Nagle coś pękło i powiedziałam: „Dość„.

Tak zaczęły się poszukiwania lokalu na pracownię artystyczną. Ku mojemu zdziwieniu ofert wynajmu w Łodzi jest naprawdę sporo, niestety większość jest przewidziana na biura, a nie artystyczne chlapanie farbą (również po ścianach). Mimo to odpisałam na 3 ogłoszenia, wyjaśniłam, o co mi chodzi, co zamierzam tam robić, etc. Na 2 z nich do tej pory zerowy feedback, a ten jeden jedyny feedback, który nadszedł, okazał się być strzałem w 10!

Tuż po przekroczeniu progu zaczęłam sobie wyobrażać, jak pomaluję ściany, gdzie postawię farby i jak widno wreszcie będę miała. Wszystko potoczyło się szybko i bardzo sprawnie.

Lokal jest w dobrym stanie, ale mogłam go nieco odświeżyć. Malowanie, porządki, nowa wykładzina, przewiezienie całego malarskiego majdanu i po niecałych 2 tygodniach pracownia jest gotowa! 🙂

A oto i ona.

Moja pracownia; atelier Lustkunst. ❤

To będzie twórczy rok.

„Mam dość” w katalogu

Jeszcze nie ochłonęłam po wynikach konkursu „Artyści w czasach zarazy” a tu już kolejna radość – oto właśnie mój obraz znalazł się w katalogu pokonkursowym! 🙂

Choć z publikacją w ogóle już miałam nie raz do czynienia czy to podczas studiów na Uniwersytecie, kiedy to pisywałam do Kroniki UŁ, czy to z uwagi na jakąś tam moją działalność paradziennikarską 10 lat temu, to jednak zobaczyć swój obraz w katalogu, jest czymś kompletnie, totalnie, zupełnie innym.

Miłe uczucie, któremu towarzyszy też chyba rodząca się świadomość, że może to będzie trwało dłużej niż ja na tym świecie? W każdym razie katalog jest dostępny online na stronie Łódzkiego Domu Kultury TUTAJ lub bezpośrednio TUTAJ.

Zapraszam do zapoznania się. 🙂

Nowe kredki w piórniku

Wyobraź sobie zapach, który przywołuje ciepłe wspomnienia. Zapach, który poznasz zawsze i wszędzie. Zapach, który tak głęboko tkwi w Twojej pamięci, że jesteś w stanie opisać go nawet po wyrwaniu Cię z głębokiego snu. Zamknij oczy i poczuj to. Co tak pachnie?

Dla mnie takim wyjątkowym zapachem zawsze będzie woń nowych kredek, które dostawałam od rodziców. Zwykle były to kredki ołówkowe – pachniały przepięknie, bo drewnem. Kolorowe rysiki pięknie się prezentowały, aż ręka sama rwała się do rysowania. Jedynym minusem takich kredek była łamliwość, w dodatku ujawniająca się już podczas strugania! Jakież to było irytujące, gdy po kilku chwilach strugania kredki, już widzisz ten piękny ostry rysik, już chcesz nim coś narysować, już masz dotknąć tym idealnym rysikiem powierzchni śnieżnobiałego papieru i….

SRU!

Rysik się łamie. I to jeszcze nie tak równo z drewienkiem, tylko aż się drewienko odgina i powstaje dziura w kredce. Musisz strugać od nowa… No dramat.

Innym rodzajem kredek, których zapachu nigdy nie zapomnę, są kredki świecowe. Niestety te nie należały do moich ulubionych. Raz że nigdy nie umiałam tym rysować, dwa denerwowało mnie, że są takie tłuste jakieś, no i jeszcze ta… woń; specyficzna, charakterystyczna, trochę dusząca… Dobra, po prostu śmierdzą. 🙂

I w końcu trzeci rodzaj kredeczek – grafionowe. Zupełnie szczerze – nazwę tych kredek poznałam dopiero dziś. Byłam w sklepie, takim wiecie – mydło i powidło, i chodziłam sobie to tu, to tam… aż raptem na jednej z półek zauważyłam charakterystyczne kredki, które kochałam na równi z kredkami akwarelowymi. Takie niby rysiki same, niby grafity, niby pastele, ale jednak nie pastele… Zapach też mają taki „bardzo swój”. Wprawdzie dziś już nie jestem nimi tak zachwycowa jak kiedyś, ale i tak je kupiłam. Przez sentyment… 🙂

„Malować śmierć, żeby choć na chwilę o niej zapomnieć”

Namalowałam kopię obrazu „Dolina Śmierci” Zdzisława Beksińskiego. 60 x 80 cm; oczywiście akryl. To był jeden z tych obrazów, który praktycznie malował się sam.

Lekki oddech akwareli

Są czasem takie dni, kiedy musisz odpocząć. Niby dzień wygląda tak samo jak poprzednie, niby nic się nie dzieje, a Twoja głowa wysyła wciąż ten sam sygnał: „Odpocznij od tego!”. Zwykle wtedy biegam, żeby oczyścić myśli, ale wczoraj i bieganie wydawało się niewystarczające; więc sięgnęłam po akwarele.

Niedawno dostałam w prezencie komplet rosyjskich farb awarelowych – Nevskaya Palitra.

Podstawową różnicą między akwarelą, a farbami akrylowymi i olejnymi, jakimi do tej pory malowałam, polega na kryciu – aryl i olej to farby kryjące, a akwarela – wprost przeciwnie. W związku z tym zawsze z pewną nutą niepewności zasiadałam do akwareli, bo wiedziałam, że moje dotychczasowe doświadczenie w malowaniu jest zgoła inne niż to, jakie powinnam mieć w przypadku akwareli; ale z drugiej strony – bez przesady. Z akwareli się nie strzela – cytując klasyka, więc przygotowałam pędzle, wodę i wyjęłam blok Canson.

Potem było kilka prób, by wyczuć jak pędzel reaguje z farbą i jaki efekt to wszystko daje na papierze:

Jakieś 2 godziny później poczułam się już na tyle pewnie, że zaczęłam coś „na czysto”. Efekt był dla mnie niesamowicie satysfakcjonujący.

Akwarela nie taka straszna jak ją… malowałam!

Natchnienie w biegu

Był rześki sobotni poranek. Gdy wybiła godzina 06:30 i budzik zaczął niemiłosiernie dzwonić, informując, że pora wstawać, mocno się biłam z chęcią pozostania w ciepłej pościeli a koniecznością rozpoczęcia dnia krótką przebieżką po parku.

Oj, bardzo mi się nie chciało wstać. Włączyłam drzemkę w budziku, mając cichą nadzieję, że te parę minut przerwy w alarmie będą trwać i trwać. Poduszka pod moją głową wydawała się taka mięciutka, łóżko nagle stało się magnesem, które mocno trzymało mnie przy sobie, a kołdra, którą się nakryłam po same uszy, dawała błogie poczucie bezpieczeństwa. Powoli, bardzo powoli powieki stawały się coraz cięższe, oddech wolniejszy, sekundy dzieliły mnie od uśnięcia…

DRRRRRYYYYŃŃŃŃŃ

Znowu zadzwonił budzik, a ja – najpierw wystraszona, a potem już tylko wkurzona – postanowiłam wstać i rozprawić się najpierw z budzikiem, a potem z sennością.

Krótka poranna toaleta, coś na ząb, buty na nogi i już byłam gotowa do wyjścia. Przed domem jeszcze chwila rozgrzewki i ruszyłam przed siebie. Powolnym krokiem, bez smartbanda, bez telefonu, tylko dla samego rozruszania się po – kolejnej już niestety – przerwie od biegania.

Mijałam ludzi (jedni wracali chwiejnym krokiem po „okrążeniu nad ranem”, a inni szli z yorkami pod pachą), uliczki, swerek, stadion, aż skręciłam w ulicę prowadzącą do parku. Lubię ten park, ponieważ raz, że jest blisko, a dwa przebiegłam tam wiele pięknych kilometrów, toteż często tam wracam.

Większość trasy prowadzi po ubitej ziemi otoczonej przez wysokie drzewa rzucające cień. Jasne, jaskrawe, poranne słońce przedzierało się przez nieliczne odstępy między liśćmi, ogrzewając moją twarz podczas biegu.

Biegłam równo i powoli, napawając się śpiewem ptaków, soczystą i bujną zielenią, upojnym zapachem bzu i ciepłymi promieniami. Pod koniec trasy wybiega się z cienia na jasną polanę, która tego dnia była aż nienaturlanie biała, wręcz odblaskowa. Zachwycił mnie ten kontrast między zacienioną a rozświetloną częścią trasy, którą sobie biegłam, do tego stopnia, że aż ten widoczek namalowałam.

Powyższy pejzaż namalowałam akrylami na bawełnianym podobraziu o wym. 40 x 50 cm. Uprzedzając pytania – nie jest do kupienia. 🙂

„Stworzenie Adama”

To nie było moje pierwsze zetknięcie z Michałem Aniołem i słynnym fragmentem „Stworzenia Adama”. Tym razem jednak pokusiłam się o modyfikację, aby ten obraz bardziej wpisywał się w zainteresowania klienta, który go u mnie zamówił.

Zresztą nie jestem pierwszą, która postanowiła „zabawić” się kosztem Adama i Boga, i włożyła im w dłonie jakiś przedmiot. W zależności od kontekstu, poczucia humoru lub oczekiwanego efektu postaci z obrazu renesansowego mistrza podawały sobie co innego. Na przykład terminal płatniczy:

Ktoś inny z kolei – bardziej na czasie – wymyślił sobie, żeby słynne dłonie się”odkażały”:

W mojej wersji Adam podaje Bogu puszkę z farbą do graffiti.

Mój klient odezwał się któregoś dnia i napisał, że chce zamówić właśnie ten obraz. Potem jednak nastapiła chwila ciekawej rozmowy o graffiti. Abstrahując od tej kontrowersyjnej strony graffiti (bo ładne budynki brzydko wyglądają z bazgrołami dzieciaków), osobiście bardzo lubię graffiti, które ma jakiś przekaz, które jest szczerym głosem, może wręcz krzykiem, społeczeństwa.

Dlatego kończąc to zamówienie, dodałam od siebie puszkę, i wyobrażam sobie, że Bóg z obrazu zrobi z niej dobry użytek i napisze na ścianie z tyłu coś w stylu: „Ludzie, opamiętajcie się!” albo „Człowieku, odpuść”.

Obraz namalowałam akrylem na płótnie bawełnianym o wym. 60 x 50 cm.