Czasem mam takie dni, kiedy w głowie kotłują mi się jakieś obrazy. Niekiedy klaruje się z tego jedna, jasna, konkretna myśl lub pomysł, a innym razem ten chaos pozostaje nieujarzmiony. Jednak gdy ta myśl, ten obraz w końcu wyłoni się z otchłani innych, nienazanych, ale powstałych w mojej wyobraźni kształtów, form i kolorów muszę usiąć i coś z tym zrobić.

Tak też mniej więcej brzmi historia natchnienia do narysowania sułtana. Naoglądałam się serialu, w którym mnogość kolorów, wzorów, pięknych widoków tureckich jest tak wielka, że nie mogłam się oderwać. W końcu pomyślałam, że chcę coś narysować, tak będąc na fali tej namiastki tureckiej historii i kultury. Padło na postać sułtana.

Szkarłatne maki, jak szkarłatna jest krew

Kilka razy próbowałam zebrać myśli w logiczny ciąg zdań o prawach kobiet, ale za każdym razem brzmiało to zbyt pokracznie, nieprecyzyjnie i grafomańsko, więc się poddałam i postanowiłam moje myśli namalować. W zasadzie wylałam to z siebie za pomocą czerwonej farby – symbol krwi, z którą to krwią my, kobiety, praktycznie ciągle mamy do czynienia. Tak też powstaje cykl akwareli „Szkarłatne maki, jak szkarłatna jest krew”. Maki będę dalej malować i uzupełniać poniższą galerię, natomiast samą interpretację pozostawiam Wam… Peace & Love.

Nowe kredki w piórniku

Wyobraź sobie zapach, który przywołuje ciepłe wspomnienia. Zapach, który poznasz zawsze i wszędzie. Zapach, który tak głęboko tkwi w Twojej pamięci, że jesteś w stanie opisać go nawet po wyrwaniu Cię z głębokiego snu. Zamknij oczy i poczuj to. Co tak pachnie?

Dla mnie takim wyjątkowym zapachem zawsze będzie woń nowych kredek, które dostawałam od rodziców. Zwykle były to kredki ołówkowe – pachniały przepięknie, bo drewnem. Kolorowe rysiki pięknie się prezentowały, aż ręka sama rwała się do rysowania. Jedynym minusem takich kredek była łamliwość, w dodatku ujawniająca się już podczas strugania! Jakież to było irytujące, gdy po kilku chwilach strugania kredki, już widzisz ten piękny ostry rysik, już chcesz nim coś narysować, już masz dotknąć tym idealnym rysikiem powierzchni śnieżnobiałego papieru i….

SRU!

Rysik się łamie. I to jeszcze nie tak równo z drewienkiem, tylko aż się drewienko odgina i powstaje dziura w kredce. Musisz strugać od nowa… No dramat.

Innym rodzajem kredek, których zapachu nigdy nie zapomnę, są kredki świecowe. Niestety te nie należały do moich ulubionych. Raz że nigdy nie umiałam tym rysować, dwa denerwowało mnie, że są takie tłuste jakieś, no i jeszcze ta… woń; specyficzna, charakterystyczna, trochę dusząca… Dobra, po prostu śmierdzą. 🙂

I w końcu trzeci rodzaj kredeczek – grafionowe. Zupełnie szczerze – nazwę tych kredek poznałam dopiero dziś. Byłam w sklepie, takim wiecie – mydło i powidło, i chodziłam sobie to tu, to tam… aż raptem na jednej z półek zauważyłam charakterystyczne kredki, które kochałam na równi z kredkami akwarelowymi. Takie niby rysiki same, niby grafity, niby pastele, ale jednak nie pastele… Zapach też mają taki „bardzo swój”. Wprawdzie dziś już nie jestem nimi tak zachwycowa jak kiedyś, ale i tak je kupiłam. Przez sentyment… 🙂

Natchnienie w biegu

Był rześki sobotni poranek. Gdy wybiła godzina 06:30 i budzik zaczął niemiłosiernie dzwonić, informując, że pora wstawać, mocno się biłam z chęcią pozostania w ciepłej pościeli a koniecznością rozpoczęcia dnia krótką przebieżką po parku.

Oj, bardzo mi się nie chciało wstać. Włączyłam drzemkę w budziku, mając cichą nadzieję, że te parę minut przerwy w alarmie będą trwać i trwać. Poduszka pod moją głową wydawała się taka mięciutka, łóżko nagle stało się magnesem, które mocno trzymało mnie przy sobie, a kołdra, którą się nakryłam po same uszy, dawała błogie poczucie bezpieczeństwa. Powoli, bardzo powoli powieki stawały się coraz cięższe, oddech wolniejszy, sekundy dzieliły mnie od uśnięcia…

DRRRRRYYYYŃŃŃŃŃ

Znowu zadzwonił budzik, a ja – najpierw wystraszona, a potem już tylko wkurzona – postanowiłam wstać i rozprawić się najpierw z budzikiem, a potem z sennością.

Krótka poranna toaleta, coś na ząb, buty na nogi i już byłam gotowa do wyjścia. Przed domem jeszcze chwila rozgrzewki i ruszyłam przed siebie. Powolnym krokiem, bez smartbanda, bez telefonu, tylko dla samego rozruszania się po – kolejnej już niestety – przerwie od biegania.

Mijałam ludzi (jedni wracali chwiejnym krokiem po „okrążeniu nad ranem”, a inni szli z yorkami pod pachą), uliczki, swerek, stadion, aż skręciłam w ulicę prowadzącą do parku. Lubię ten park, ponieważ raz, że jest blisko, a dwa przebiegłam tam wiele pięknych kilometrów, toteż często tam wracam.

Większość trasy prowadzi po ubitej ziemi otoczonej przez wysokie drzewa rzucające cień. Jasne, jaskrawe, poranne słońce przedzierało się przez nieliczne odstępy między liśćmi, ogrzewając moją twarz podczas biegu.

Biegłam równo i powoli, napawając się śpiewem ptaków, soczystą i bujną zielenią, upojnym zapachem bzu i ciepłymi promieniami. Pod koniec trasy wybiega się z cienia na jasną polanę, która tego dnia była aż nienaturlanie biała, wręcz odblaskowa. Zachwycił mnie ten kontrast między zacienioną a rozświetloną częścią trasy, którą sobie biegłam, do tego stopnia, że aż ten widoczek namalowałam.

Powyższy pejzaż namalowałam akrylami na bawełnianym podobraziu o wym. 40 x 50 cm. Uprzedzając pytania – nie jest do kupienia. 🙂